Szukaj

Team EXPERT podbija Bałtyk! Drukuj Email
Poniedziałek, 16 Marzec 2009 00:44

Dzisiaj trudno sobie przypomnieć jak nasza bałtycka przygoda się zaczęła… Latem królowała tyczka, jesienią rozpoczynały się poszukiwania. Michał szukał sandaczy, Krzysztof z Filipem - dorszy. Czasami ich drogi się przecinały, biegły równolegle, rozchodziły się… Po stosunkowo długiej jesieni – trzeba przyznać nie obfitującej w ryby – ktoś rzucił hasło: „jedziemy na dorsze!” Filip bez namysłu podjął wyzwanie, Michał musiał przekalkulować czy zamienić dobrze zapowiadający się sandaczowy weekend na wielką niewiadomą, gdzieś na północnym skraju Polski. Stałych członków morskich wypraw nie trzeba było zachęcać.

Podstawowym celem było sprawdzenie i przetestowanie morskiego sprzętu SPRO. Żeby podkręcić atmosferę wyjazdu, Krzyś wymyślił zawody (w końcu wszyscy, lub prawie wszyscy, są zawodnikami …), które zaplanował, przygotował, przeprowadził i … wygrał. Oto jego relacja:

Pędzimy przez Starogard. W piątki luźniej niż na krajowej jedynce. Wreszcie Chałupy, Kuźnica... i znajoma tablica kaszubskiego miasta. JASTARNIA. Gdyby nie błąkający się pies, pomyślałbym, że wszyscy pomarli; port z nowo budowanym nabrzeżem, kutry – widma, stojące z pordzewiałymi bębnami... Wysiadamy. Karpiarze już są. Łukasz z Dominem musieli krótko przed nami dojechać. Jechali prosto z Wygonina, gdzie testowali nasze karpiowe wędki, sygnalizatory, przypony, łóżka i co  nie tylko... Wchodzimy do portowej Tawerny. Kucharz, Jędruś, serdecznie się wita rozłożystym „misiem”. Znał jedynie mnie, ale wita się z każdym, jakby razem niejedno przeszli… Gerard (armator Passata7, na którym jutro płyniemy) z Rysiem (pierwszym po Bogu na kutrze) sączą jakieś piwko. Wyraźne ożywienie na nasz widok. Chce się tu przyjeżdżać, chce się pogadać... Widzimy się ledwo kilka razy do roku a jednak zawiązuje się jakaś niewidzialna nić przyjaźni, cały kłębek tej nici opasuje wątki przywitania, urwanych zdań, takiej prostej męskiej serdeczności, która każe wierzyć w normalną ludzką przyjaźń. Jest fajnie. Siadamy do piwa. Przed pierwszą tradycyjnie idziemy na zaślubiny z morzem. Zimno. Wielka niedźwiedzica wystawiła na chwilę swój połamany kark z leniwie przesuwającego się kłębiastego gawra. Ziewnęła powoli i schowała się. Później już jej nie widziałem.Nad uśpionym morzem nikt nas nie słyszał, ale drogę powrotną Konkele będą pamiętać... Było głośno, wesoło i bardzo późno. Parę minut po trzeciej wszyscy chrapali. Pobudka za trzy godziny. Pokoje w LOKu całkowicie nam wystarczały. Jak dla wędkarzy – pełen luksus za niewielkie pieniądze. No i LOK ma tę zaletę, że jest usytuowany w samym porcie.Nastał ranek. Ładujemy się na pokład. Wypływamy po ósmej. Kapsel (kucharz na Passacie) pociesza, że pomuchle (dorsze po kaszubsku) poczekają. Jakoś mu nie wierzę. Robi nam kawę, podczas, gdy my rozkładamy kije. Każdy skupiony, każdy ma swoje tajemne przywieszki, jedynie skuteczne pilkery, wymiana kotwic na Gamakatsu. To już bardziej obowiązek niż tradycja. Pełna perfekcja. Rysio zwalnia obroty. Tylko zwalnia, a my już z kijami w dłoniach jesteśmy przewieszeni przez burtę, wpatrzeni w pofalowaną powierzchnię Bałtyku. Pilkery bimbają, muskając spokojną wodę. Gdzieś w głębinach spoczywa Kanonierka ze swoimi mieszkańcami. Ledwo dotrzymujemy transportu, spuszczając pospiesznie w toń te nasze sreberka. Skupienie maksymalne. Jak przed pierwszą randką. Nic.Prądy płatają figle. Ktoś odplątuje. Rysio nawraca drugi raz. Teraz już bez falstartu. Wszyscy równo. Domino – karpiarz coś ciągnie! Parabola wędki niewyraźna, trochę niedorobiona... Wszyscy gapimy się zapominając na chwilę o machaniu kijem. Tylko płastuga za ogon złapana. Ale zawsze pierwsza ryba! Serdeczne śmiechy i gratulacje w kierunku dziobu.Płyniemy dalej, za cypel. Rozsypany żaglowiec. Szukam czegoś innego. Jakiejś delikatniejszej przynęty. Pilkery wydają się za ciężkie na taką flautę. Pospiesznie montuję wędkę Little Big GamevSensitive z RedArc SPRO i lineczką 0,12. Doczepiam główkę Gamakatsu Big 100g. Oglądam grot ostry jak brzytwa. Jest w tych hakach jakaś magia, że nawet zacinać nie trzeba. Z resztą nie jest tajemnicą, że na Bałtyku wszyscy na GAMAKATSU łowią…Sandaczowiec też nie założy innej główki. Coś w tym jest… Rychu trąbi. Pospiesznie zakładam twistera w kolorze japońskiej czerwieni. Jeszcze się waham; patrzę na zestawy kolegów. Przywieszki, które jeszcze przed chwilą wisiały podrygując nerwowo, powędrowały już do wody. Przy nich mój twister wygląda dość niepozornie.Otwieram kabłąk. Zwoje rytmicznie spadają, spadają... Stop! Nieśpiesznie podbijam raz, drugi... Targnięcie i natychmiastowe zacięcie. Skupienie było tak duże, że nie było mowy o spóźnieniu. Siedzi i bynajmniej bolek to nie jest. Kilka rytmicznych uderzeń i ani centymetra do góry, aż w końcu ruszył. Pomału, pomału pompuję na zero-dwunastce. Nawet nie wiem kiedy Kapsel stanął z osęką. Wprawnie wydobył mojego dorsza za burtę. 3,5 kg. No nieźle. Przez chwilę puchar przechodni miałem w rękach. Przez chwilę Bartek mi go odebrał kilogramem więcej. Michał na lewej burcie też nie zostawał w tyle. Walka się zaczęła. W końcu zawody to zawody! Łukasz na dziobie zaciął rybę równocześnie ze mną. Ja miałem 5,5 kg, on 6,5. Mój walczył pięknie, emocji było co niemiara. Jak sobie Łukasz radził nie wiem, ale było głośno. Szala zwycięstwa rozkładała się bardzo równomiernie, każdy choć przez chwilę był zwycięzcą. Po dwunastej jednak coraz częściej Kapsel z osęką zaglądał na rufę... Siedziałem tam z Filipem i raz po raz ciągnęliśmy dorszyka. Filip wyholował flądrę. Pilker na który się nadziała był chyba większy od niej, a grot kotwicy miała w pysku... Ja dostałem dwójeczkę, trójeczkę, wyrośniętego bolka czyli tak 1,5kg z hakiem, aż za którymś razem podcięcie i zamiast ja jego, to on mnie... Raz, drugi trzeci doginał szczytówkę do samego lustra wody. Mogłem jedynie zluzować nieco hamulec, na wypadek nagłego odjazdu we wrak. Czekałem na niego gdzieś w skrytości ducha. Przychodził od kilku lat nocami, nie dawał zasnąć, albo targał skurczem ramienia i śmiał się, że spóźniłem zacięcie. Jak Nessi z mrocznego jeziora, która niby jest ale nikt jej nie widział... Ale jest! Czuję go na kiju, mój RedArc go czuje. Przez chwilę byłem zły na siebie, że zlekceważyłem przeciwnika zakładając bądź co bądź spinningowy młynek i sandaczową linkę... A obok stoją dwa testowe Norway King Boat Pro z porządnymi Saltixami, nową plecionką 25Lb… Nabrałem otuchy, gdy dał się oderwać od mrocznych zakamarków żaglowca. Mozolnie pompuję, luzując jeszcze hamulec na wypadek odwrotu. Teraz mógł sobie próbować, był w połowie wody. Dał lekkiego nura, ale już bez impetu. Do powierzchni parł niechętnie, wolno kręcąc koziołki. Andrzej capnął osęką i z trudem podniósł szacując wagę. Posypały się gratulacje. Wielu przyszło na rufę zobaczyć. Skrzynka pod jego cielskiem wyglądała, jak dziecięca wanienka pod d..ą dorosłego faceta. Musiałem chwilę odpocząć…  

 

 

 

Dla stałych klientów


  LOGIN

  HASŁO

Polecamy

W tym sezonie proponujemy do połowu drapieżników, nowe woblery z serii Pike Fighter, uzbrojone kotwicami Gamakatsu!!!





Informacje

Nowością na ten sezon ze Spro Strategu jest System kamuflażu FUZZ...
Więcej …

Ważna informacja!!
Więcej …

Zapraszamy na krótka fotorelacje, z pobytu w Norwegii członków Team Expert'u - fotorelacja...